Wstęp.


To jest spis wszystkiego co nam się przydarzyło podczas dwóch miesięcy podróży przez Azję.

Każdy kto jedzie do Azji dostaje w zestawie coś innego. Zestaw składa się z jadącego, ludzi których spotka i miejsc które zobaczy. Zestaw przygotowywany jest przez Przypadek, jedyną prawdziwą siłę we wszechświecie.

W niniejszym zestawie jest: trzydziestoletnie małżeństwo z Krakowa, dziwni ludzie z całego świata, a także Delhi, Nepal, Sikkim i Goa.

Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się tej podróży, czy o tym wiedzą, czy nie, oraz tym, których spotkaliśmy po drodze.

Daty poniżej odsyłają do poszczególnych dni w podróży i są łatwiejszym sposobem na poruszanie się po zawartości niż link "Starsze posty". Zdjęcia pojawiają się dopiero od Gorakhpuru, ponieważ wcześniej nie było czasu i odwagi, żeby wyciągnąć aparat.

15/05

W filmie "Darjeeling Limited" Wes Anderson zekranizował swoje wyobrażenie o kolejce. Kolejka, fantazjował Wes, zabiera trzech kapkę nierozgarniętych braci na szczyt góry. Tam znajdują swoją matkę mieszkającą w świątyni pośrodku dżungli. Świątynię odwiedza również mityczny tygrys. Fantazja, jak można przypuszczać, urodziła się Andersonowi w Dardżylingu. Tu zobaczył: świątynie, białe kobiety i tygrysa. Tu też zobaczył kolejkę. Wszystko razem przeinaczył i wymieszał.

Kolejka nazywa się Darjeeling Himalayan Railway i codziennie wyjeżdża dwa tysiące metrów pod górę. Oprócz zwykłych kursów wąskimi torami raz dziennie, dla hecy, przyczepiają do niej starą parową lokomotywę. Nie jadą z nią daleko, tyle co do wsi poniżej, którą azjatycki rozrost powoli wchłania w miasto właściwie. Niezależnie od tego, jest to atrakcja, na dodatek prawie ostatnia, jaka została nam do zaliczenia w obrębie turystycznego kanonu.

Budzą nas budziki, jemy śniadanie i ponieważ jest już późno, to mijanemu sprzedawcy rzucamy dwa zdania: "No momo! No milk tea!" i biegniemy na dworzec. Tam wiruje tłum, ale to już wiadomo, dworzec w Indiach zawsze oznacza tłum. Pociąg odjeżdża za pół godziny, a my nie mamy biletu, więc ustawiamy się w kolejce do kasy i z każdą upływającą minutą tracimy nadzieję na sukces. Po chwili, zaskoczeni szybkim tempem obsługi, dopychamy się do zarzuconego papierami służbisty odgrodzonego od prawdziwego świata kojącą nerwy kratą. Służbista bardzo nieuprzejmie informuje nas, że nie sprzedaje biletów na "historic train", ponieważ taką gratkę jak przejażdżka parowozem, to należy sobie zarezerwować. Kajamy się tłumacząc naszą niewiedzę wrodzonym dyletanctwem i pokornie błagamy o rezerwacje, a on wskazuje nam okienko obok, które zajmuje się tego typu litaniami. Do okienka prowadzi inna kolejka. Zostało piętnaście minut do odjazdu.

Zajmujemy pozycje w rzędzie ludzi i uprzejmie czekamy, mimo że każdy rozsądny i dobrze urodzony kolejkowy Hindus robi co w jego mocy, aby nas wyprzedzić. W ostatniej chwili stajemy przy okienku, wewnątrz którego siedzi ten sam mężczyzna, co w poprzednim, lub ktoś szalenie do niego podobny. Spędzamy czas na nieporozumieniach i wytężamy siłę by pokochać wroga. Dowiadujemy się, że rezerwacje na miejsca w pociągu składa się z minimalnie jednodniowym wyprzedzeniem. Prawie mnie to irytuje, uspokaja mnie formularz rezerwacji pociągowej wymagający danych, które sięgają głęboko w moje życie osobiste, aż do poziomu imienia mojego ojca i numeru jego buta. Wtedy uświadamiam sobie, że wypełnienie tego papierka zajmie sporo czasu, więc i tak nie zdążylibyśmy na dzisiejszą wycieczkę. To przekonanie zostaje przypieczętowane faktem, że tajemnicza tablica odjazdów podstępnie skrywa prawidłowe numery identyfikacyjne przynależące do interesującego nas pociągu. Dwukrotnie mylimy się w rubryce z numerami i odstajemy swoje w kolejnej kolejce, aż w końcu z litości pomaga nam nasz nowy kolega z okienka samemu wpisując właściwą cyfrę.

Dzisiejsza niedoszła wycieczka "zabawkowym pociągiem", bo i tak, poniekąd przytomnie, nazywają go miejscowi, składa się z trzech odstanych kolejek, dwóch formularzy rezerwacji, dwóch nieuprzejmych agentów wrażego wywiadu, kilkunastu pokreślonych rubryk uzupełnionych nieczytelnymi danymi i jedną godziną przepychanek w ścisku i krzyku. Na pokład pociągu wsiądziemy dopiero jutro i bardzo się cieszę, że podróż będzie trwała tylko trzydzieści minut.

Ale, żeby nie marudzić, coś osiągnęliśmy, zdobyliśmy bilet. Czując w ustach gorzki smak zwycięstwa rozważamy dalsze możliwości. Skoro dostaliśmy w prezencie cały nierozplanowany dzień postanawiamy odwiedzić ostatnią dużą turystyczną atrakcję. Choć "atrakcja" to jest złe słowo, co również tłumaczy dlaczego do tej pory jeszcze tam nie byliśmy.

Idziemy do Centrum Samopomocy Uchodźców Tybetańskich. Po chińskiej inwazji na Tybet tamtejsza ludność wzięła ucieczkę Dalaj Lamy z Lhasy za sygnał do ewakuacji. Chwycili tobołki i zaczęli przedzierać się przez Himalaje, nierzadko na azymut, w ogólnie rozumianym południowym kierunku. Wielu Tybetańczyków zginęło, a część która przetrwała dotarła do skupisk ludzkich wycieńczona, biedna, głodna i, co gorsza, absolutnie kulturowo obca dla lokalnej społeczności. Aby usprawnić relacje i zapewnić miejsca pracy niewymagającej nauki języka i zwyczajów, w Dardżylingu, za cichym przyzwoleniem rządu indyjskiego, założono Centrum Samopomocy. System funkcjonowania Centrum jest prosty - turysta, czy to hinduski, czy zachodni, słysząc o sprawie, a nie mogąc odwiedzić Tybetu, odwiedzi Dardżyling, pójdzie do Centrum i kupi prosty wytwór rękodzieła tradycyjnego, przy okazji pozna proces produkcji i, daj Boże, dowie się czegoś o kulisach chińskiej agresji, co zaowocuje wzrostem świadomości tragedii, jaka rozegrała się w Tybecie sześćdziesiąt lat temu. Metoda jest skuteczna, turystów nie brakuje, kupują poważnie zawyżone cenowo produkty i oglądają bardzo nieliczne, choć wystarczająco straszne, zdjęcia ukazujące wielką ucieczkę.

Jest niedziela, więc Centrum raczej odpoczywa. Nadal można coś kupić, ale nie stać nas na nic poza kilkoma ręcznie malowanymi kartkami pocztowymi. Przez chwilę krążymy po słabo oświetlonym pomieszczeniu, w którym zgromadzone są wpisy, fotografie i przedmioty mające dać świadectwo dramatu kraju rok po roku coraz słabiej widocznego na mapie świata. Bywaliśmy w muzeach dużo lepiej zorganizowanych, bogatszych, ale właśnie ten brak światła, brak zdjęć rzezi i czystek, to wszystko razem chwyta za gardło o wiele mocniej niż bym sobie tego życzył.

Wracamy do miasta z ciężkim sercem. Widok znudzonych Tybetańczyków siedzących przed swoimi domami, majtającymi sandałami i gapiącymi się na nas wzrokiem cwanym i zaczepnym nie jest w stanie rozwiać mgły przygnębienia. Tybet, kraj cudacznych świątyń i uduchowionych, zdziwaczałych pasterzy nie istnieje. Na jego miejscu stoi potężna baza wojskowa strzegąca silosów atomowych, która z wytrwałością pasożyta drąży pod sobą ziemię bogatą w uran. Ewolucja, jak każda inna, naturalna, normalna, bezwzględna, głupia.

14/05

"Ogrody, takie jak Flowery Orange Pekoe (FOP) czy Broken Orange Pekoe (BOP), są oceniane według jakości i długości liścia, z którego odparowuje się wodę i który jest następnie zgnieciony, poddany fermentacji i suszony. By obejrzeć ten proces osobiście, należy przyjść do Happy Valley Tea Estate; to 30 minut spacerem poza miasto - podążaj za znakami od Hill Cart Road nieopodal biura magistratu".

Tak. Chcemy obejrzeć ten proces osobiście. Spędziliśmy kilka dni w Dardżylingu, a z herbatą obcujemy głównie w formie sprofanowanej milk tea podawanej u wesołka, który i dziś upewnia się czy przypadkiem nie chcemy momo. Idziemy na Hill Cart Road, gdzie stoi stary zapuszczony kierunkowskaz nieśmiało sugerujący jedną z dróg wychodzących z centrum na północ.

Nie ma chodnika, rzecz jasna, więc włóczymy się przez trzydzieści minut wzdłuż wąskiej i ruchliwej ulicy. Po kolejnych trzydziestu minutach jasnym staje się, że pierwszy kierunkowskaz był zarazem ostatnim i jedynie od naszych zdolności orientacji w terenie zależy czy znajdziemy Plantację Wesołej Herbaty. Kłócę się przez chwilę, że przydrożny zardzewiały szyld z bełkotliwymi zdaniami z pewnością nie oznacza celu naszej wycieczki, po czym dociera do mnie, że statystycznie rzecz biorąc rzadko miewam w takich sytuacjach rację.

Schodzimy z drogi i idziemy w dół zboczem plątając się w wąskie zaułki, które po chwili zamieniają się w polną ścieżkę. Poniżej pojawia się pagórek gęsto obsadzony niskimi krzewami herbacianymi. Pośrodku sterczy stary odrapany budynek, zapewne hala produkcyjna i magazyn. Strumień ludzi na drodze destyluje się i idziemy teraz w małej grupie młodych białych turystów, posiadaczy przewodnika Rough Guide.


Zanim jeszcze wejdziemy głębiej w plantację już podejrzanie bije od niej pustką. Lądujemy pod zamkniętymi drzwiami wejściowymi w grupie z dwoma Włoszkami i jedną Francuzką. W promieniu pół kilometra nie widać żywej duszy i jakkolwiek budynek można uznać za opustoszały, tak krzewy wyglądają na zadbane. Jestem jedynym mężczyzną w tej gromadce i w jakiś kulturowy przymus karze mi rozwikłać zagadkę nieistniejącej atrakcji turystycznej, na którą wszyscy daliśmy się nabrać. Samotnie wyruszam na eskapadę dookoła budynku. Paskudna frontalna ściana i tak prezentuje się z gracją przy tym, co dzieje się na tyłach w czymś, co być może jest barakami pracowniczymi. Pcham uchylone drzwi jednej z pakamer i moim oczom ukazuje się wychodek w stanie, który doprowadziłby do rozpaczy nawet najbardziej z zahartowanych konduktorów PKP.

Skrzypienie drzwi od ubikacji budzi chudego obdartego Nepalczyka drzemiącego gdzieś pomiędzy budami. Idzie w moim kierunku, ja mimochodem cofam się do drzwi wejściowych. Nepalczyk zauważa większą grupę osób, peszy się i zaczyna nam coś tłumaczyć łamaną angielszczyzną. Jest jednym z naprawdę niewielu napotkanych ludzi, którzy mają problem z komunikacją w języku angielskim.

Wspólnymi włosko-francusko-polskimi siłami udaje nam się ustalić kilka faktów. Po pierwsze, plantacja jest czynna, tylko teraz jest przerwa, wszyscy poszli jeść i spać, następna zmiana zaczyna pracę za godzinę. Po drugie, niedouczony Nepalczyk z przyjemnością zostanie naszym przewodnikiem za niewielką opłatą w wysokości jedynie dwustu pięćdziesięciu rupii (koszt jednego dobrego noclegu). Po trzecie, wewnątrz budynku nie bardzo jest co oglądać, a krzaki herbaty jak wyglądają, każdy widzi. Punkt trzeci stoi w wyraźnej opozycji do punktu drugiego, co powoduje że hojna oferta Nepalczyka zostaje odrzucona. Tenże nie zraża się, innych planów na dziś nie posiada. Rozsiada się wygodnie na balustradzie platformy prowadzącej do hali i drzemie obserwując nas jednym okiem. Znikąd zjawia się jego trzech kolegów, wszyscy niemal identyczni, każdy z dokładnie tą samą propozycją. Ignorujemy ich i dla zabicia czasu rozmawiamy z turystkami.

Włoszki niechętnie rozmawiają po angielsku, w przeciwieństwie do Francuzki. Niewysoka, czarnowłosa, gadatliwa spełnia wszystkie stereotypowe oczekiwania jakie mam wobec tej narodowości. Streszcza nam swoje przygody oraz tłumaczy jak wylądowała w grupie z dwoma Włoszkami. Poznały się na stypendium w Delhi. Mieszkały razem w akademiku ulokowanym w jednej z enklaw, funkcjonujących jako samowystarczalne miasta w mieście, gdzie za wysokim murem można mieszkać, robić zakupy, odwiedzać restauracje i chodzić do kina i nigdy nie być narażonym na doświadczanie obrzydliwości świata zza bramy. Ich jedyne negatywne wspomnienie ze stolicy Indii to skandalicznie wysokie temperatury panujące w okresie poprzedzającym monsun.

Są świadome fałszywego obrazu, który został im zaprezentowany. Francuzka jest z Paryża, co czyni ją wrażliwą na relacje zachodzące pomiędzy turystą, a lokalną społecznością.
- Wiem, że ludzie uważają Paryżan za aroganckich, więc zawsze staram się być miła... Ale jak mam być miła dla Rosjanek, które pytają mnie o drogę i kiedy im mówię, one twierdzą, że nie mam racji? Głupie baby, mieszkam tam od dwudziestu lat, wiem lepiej, więc niech mnie przez chwilę posłuchają! - krzyczy, po czym słyszy sama siebie i wybucha śmiechem.

Przerwa dobiega końca. Od strony betonowych budowli ciągną teraz kilkuosobowe grupy kobiet z wielkimi pustymi koszami na plecach. Gdzieś pomiędzy nimi przemyka kilku chudych, wysokich, ciemnoskórych mężczyzn, którzy mijają nas i wchodzą do hali produkcyjnej zostawiając uchylone drzwi. Zerkamy nieśmiało do środka i pytamy czy możemy się rozejrzeć. Zgadzają się z niechęcią i zabraniają nam wchodzić od sortowni. Niedoszły przewodnik i jego koledzy znikają równie tajemniczo jak się pojawili.

Wnętrze budynku nie imponuje. Kilka podstawowych pomieszczeń: jedno, gdzie zbieraczki wrzucają liście ułożone w kilka osobnych kupek. Drugie, gdzie liście suszą się na długich taśmach, nad którymi wiszą wielkie wiatraki oraz trzecie, teoretycznie zakazana sortownia, do której wchodzimy, bo nikt nie zwraca na nas uwagi. Proces gniecenia, fermentacji i suszenia liści herbaty staje się banalny. Jedyną autentyczną lekcją, jaką wynosimy, to potwierdzenie mitu, że torebki od herbaty ekspresowej pełne są proszku zamiecionego z podłogi.


Wracamy. Z pozycji plantacji widać gdzie skrócić drogę i trafić bezpośrednio do miasta. Idziemy bitą ścieżką razem ze zbieraczkami, których jest coraz więcej. Turystki z Włoch wchodzą w rzędy krzewów i robią sobie zdjęcia. Dajemy aparat Francuzce i ustawiamy się do typowego wspólnego ujęcia na tle wzgórz herbaty. Jedna z dardżylińskich zbieraczek przystaje, patrzy na nas nie całkiem rozumiejąc co robimy i dopiero po chwili widzi drugi koniec sceny w postaci Francuzki z aparatem. Zanosi się głośnym, szczerym śmiechem i klepie się po kolanach. Równie dobrze moglibyśmy robić sobie zdjęcia w polu ziemniaków.

Krętymi zaułkami i nienazwanymi uliczkami wspinamy się wzwyż do centrum miasta. Mieszamy się z mieszkańcami, którzy niespiesznie przemierzają zaśmiecone, ciasne zaplecze reprezentacyjnego centrum. Mijamy otwarte domy, bawiące się dzieci, kobiety gotujące obiad, małe pomieszczenia pełne worków ryżu, narzędzi. Dużo rzeczy leży bez żadnej opieki, łopata opiera się o ścianę budynku, słoiki z kiszoną okrą opalają się na murze, dopóki gospodyni nie uzna, że są gotowe. Nastrój otwartości udziela się. Francuzka opowiada więcej o swoim życiu i chce wiedzieć jak to jest żyć w kraju ciągłych przemian. Odpowiadamy jej, że trudno to dokładnie ująć, ale jak wchodzimy do tutejszych środków transportu, to doznajemy niejasnego poczucia déjà vu.


Wychodzimy z propozycją wspólnego posiłku. Okazuje się, że Włoszki są już umówione z chłopcami, których poznały dzień wcześniej. Zaprosiłyby nas, ale nie znają szczegółów tego planu, chłopcy czekają na nie w hostelu. Żegnamy się na środku ruchliwej alei i rozdzielamy na dwie grupy, po czym jeszcze trzy razy niezręcznie mijamy się w kolejnych zaułkach.


Łamiemy słowo, które daliśmy sami sobie i postanawiamy ponownie skorzystać z rady przewodnika. Poleca restaurację tajską, filię uznanej lokalnej hinduskiej restauracji. Na małej mapie widnieje oznaczona punktem, gdzieś powyżej wieży radiowo-telewizyjnej. Wspinamy się na górę tylko po to, żeby odkryć, że przewodnik oszukał nas ponownie. Mimo narastającego głodu uparcie krążymy tam i z powrotem gnani wizją jakiejś odmiany gastronomicznej. W końcu w przypływie desperacji pytamy przechodnia o drogę, a on odsyła nas do zupełnie innej części miasta.

Bez przewodnika w ręce sprawa nabiera tempa i w końcu znajdujemy ziemię obiecaną. Z zewnątrz lokal jest relatywnie elegancki, ale menu twierdzi, że wszystko znajduje się w zasięgu naszego budżetu dziennego. Wewnątrz witamy się z kolorową tajską tandetą, telewizorem transmitującym mecz krykieta, kilkunastoosobowymi wycieczkami białych turystów, wśród których siedzą również nasze Włoszki w towarzystwie swoich kolegów.

Dziewczyny polecają jedzenie przy okazji zastrzegając, że potrawy, które w opisie mają słowo "hot" dorastają do tego przymiotnika. Niepomni ostrzeżeń bierzemy ostrą sałatkę z papai, kurczaka z orzechami i kurczaka w sosie o nazwie niemożliwej do powtórzenia. Pierwsza przychodzi sałatka, która zaskakuje dwójnasób. Raz, że papaja jest kiszona i smakuje dokładnie jak kapusta. Dwa, że smak kapusty jest trudny do uchwycenia, bo tak ostry nie był nawet wczorajszy sos do momo. Litry wody, chusteczki higieniczne, przerwy i drugie szanse na nic, sałatki na talerzu zostaje pół z i tak niewielkiej porcji.

Wracamy do pensjonatu po zmroku. Tarabanimy się przez hałaśliwe drzwi do jadalni i natychmiast milkniemy. Cała, dotąd efemeryczna ekipa Brytyjczyków z akcji charytatywnej, siedzi teraz przy ceratowych stolikach i ogląda w telewizji angielski ligowy mecz piłki nożnej. Najstarszy z Brytyjczyków pyta skąd jesteśmy. Gdy pada odpowiedź, że z Polski on odpowiada, że tego Wembley nigdy nie zrozumie. Zaprasza do wspólnego oglądania. Mówię, że fanem piłki nie jestem, ale z piwem w ręce jestem w stanie się zaangażować. Dostaję pół szklanki Kingfishera oraz przeprosiny. Jest kolejny suchy dzień, informuje mnie towarzystwo, więcej piwa nie ma.

Kilka dni wcześniej dostałem SMSa od Andrzeja i Tomka, którzy dotarli do Delhi. Dziękowali, że poradziliśmy im szukać noclegu w tybetańskiej dzielnicy. "Jest czysto i spokojnie. Nie mają barów" pisał Andrzej "ale już obczailiśmy z Tomkiem melinę z bimbrem". Śmiałem się wtedy, że każdy naród posiada jakąś specjalną umiejętność. Francuzi tworzą hermetyczne frankofoniczne mniejszości, Izraelczycy wydają najmniej pieniędzy, Japończycy znajdują najlepsze hotele. Polacy posiadają umiejętność znalezienia alkoholu. Wszędzie i o każdej godzinie.

- Wiem, wiem, suchy dzień. - mówię Brytyjczykom - przyniosę jakieś piwo.

Wychodzę z pensjonatu i stoję na pustej ciemnej ulicy. Decyduję się pójść w prawo, bliżej targu i Chowrasta, bo tam jeszcze może być otwarty jakiś stragan. Znajduję parter przerobiony na sklep ze słodyczami i czipsami. Za ladą siedzi niewysoki krępy mężczyzna w średnim wieku i ogląda malusieńki czarno-biały telewizor, w którym właśnie odbywa się hinduski układ choreograficzny na tysiąc osób. Dysproporcja pomiędzy jakością obrazu, a ilością szczegółów powoduje, że scena wygląda jak uporządkowany ruch śniegu zakłóceń nieistniejącego kanału. Mężczyzna usłyszał, że podszedłem i ja też wiem, że jest świadom mojej obecności, ale obaj przez chwilę gapimy się w tajemniczy taniec szarych plamek.

- Dzień dobry. Czy jest piwo? - pytam po chwili. Mężczyzna z pewnym ociąganiem odrywa wzrok od ekraniku.
- Dzień dobry. Piwo i inne alkohole są w sklepie alkoholowym na Chowrasta. - odpowiada uprzejmie.
- Jest suchy dzień. Sklepy z alkoholem i bary są zamknięte.
- Tak. Jest suchy dzień. - mówi patrząc na mnie spokojnie.
- Tak... Tak więc, czy jest piwo? - pytam i czekam. Mężczyzna patrzy jeszcze przez chwilę, po czym spuszcza wzrok i ścisza głos.
- Ile butelek?
- Sześć.
- Proszę oddać puste.
- Będę jutro.

Daję mu pieniądze, mężczyzna wysyła żonę do piwnicy, a ona przynosi sześć zimnych, mocnych Kingfisherów.

Najstarszy z Brytyjczyków ma na imię Hugh. Przyjechał tu dwa lata temu. Jest członkiem zarządu Darjeeling Children's Trust, ale jak się szybko okazuje przede wszystkim jest głównym sponsorem całej akcji. Drugim członkiem zarządu jest Tybetańczyk, gospodarz tego domu, pan Pasang, a właściwie major Pasang, wysoko postawiony emerytowany żołnierz wojsk indyjskich. Organizacja zajmuje się sierotami z Dardżylingu, a jej głównym celem jest zebranie funduszy na budowę nowego domu dziecka. Hugh, o twarzy swojskiej wariacji na temat Liama Neesona, jest niezwykle przyjacielski i otwarty. Mimo pięćdziesięciu lat chłonie świat z entuzjazmem dziecka. Zadaje mnóstwo pytań, czasami bardzo podstawowych, a kiedy zwróci się mu uwagę na ten fakt, w ramach wyjaśnienia szybko streszcza pół swojego życia. Pośredniczył w handlu nieruchomościami. Miał do tego żyłkę, zarobił majątek i któregoś dnia zrozumiał, że jest bogaty. Również samotny i nieszczęśliwy. Z rozsypaną rodziną i zepsutym zdrowiem ruszył w świat próbując znaleźć sobie jakieś miejsce, a w tym miejscu sens. Jedno i drugie czekało na niego w Dardżylingu.

- To jest Charlie. - mówi Hugh pokazując na płowego chłopca, który siedzi obok niego - Przyjechał dziś popołudniu. Trafił tu przez przypadek, ale jutro idzie uczyć dzieci w sierocińcu. To nasz najlepszy nauczyciel. Od października będzie studentem Oksfordu. W wolnych chwilach pisze poezję. - Charlie po ostatnim zdaniu peszy się, ale zaraz odzyskuje rezon. Jego przemyślaną, brytyjską nonszalancję komicznie uzupełniają brudne ciuchy, rozwalone buty i bałaganiarskie uczesanie. Właśnie kończy mu się "gap year", zwyczajowa przerwa w edukacji, która owocuje rzeszą dziewiętnastolatków poszukujących szczęścia w Azji. Charlie zwiedził już całe Indie i niewiele go zaskakuje. Za to wiele go bawi.

Charlie przedstawia nam ostatniego członka piłkarskiego posiedzenia. Wskazuje na swojego rówieśnika, Brytyjczyka pochodzenia indyjskiego o karnacji ciemniejszej niż tutejsi Hindusi.

- To jest Tetsuo. - mówi i widać jak czerpie przyjemność z naszej konsternacji. Tetsuo nie umie wytłumaczyć skąd ksywa, ale w gruncie rzeczy pasuje jak ulał człowiekowi, którego istnienie wywołuje u lokalnych dzieci skrajny dysonans poznawczy. Jak to nie mówi w hindi? Tetsuo nie jest nam obcy. Widywaliśmy go już na korytarzu naszej piwnicy gdy odwiedzał Catherine. Razem słuchali muzyki z jego laptopa. Przez dzielącą nas cienką ścianę dało się usłyszeć, że ich ulubioną piosenką jest "Homecoming" Kanye Westa i Chrisa Martina. Piosenka, która jest hymnem na cześć Chicago już zawsze kojarzyć mi się będzie z zupełnie innym miastem.

Wieczór trwa dłużej niż ktokolwiek planował. Catherine pojawia się na chwilę po powrocie z wieczoru spędzonego z bliżej nieokreślonymi koleżankami, po czym znika znużona przygodami dnia. Znika również Tetsuo. Siedzimy z Hugh i Charliem, staramy się odpowiedzieć na krepujące pytanie o to czemu nikt nigdy nie słyszał o polskiej muzyce rozrywkowej i próbujemy im wytłumaczyć dlaczego śmieszy nas, że mamy na naszej dyżurnej turystycznej solniczce przylepione zdjęcie wielkiej tępej twarzy Wayne'a Rooney'a.

W nocy, w łóżku błyska mi myśl z czasów dziecięcych wyjazdów, o tym że jakieś potworne fatum ciąży na kolonistach i obozowiczach, które karze w udane grupy dobierać się dopiero na końcu wycieczki. Za trzy dni jedziemy do Sikkimu, tajemniczego królestwa położonego dalej na północ, przy granicy z Chinami. W mojej głowie żal i zadowolenie przeciągają ze sobą linę, aż w końcu wreszcie kołyszą ją do snu.

13/05

Z każdym kolejnym dniem wsiąka się coraz głębiej. Wieczna mgła otula rzeczywistość nierealnym kokonem, który wygładza krawędzie, rozmydla kolory, amortyzuje percepcję. Jej stałość jest jak sen, wiadomo że świat nie powinien tak wyglądać, ale nie wiadomo jak wygląda naprawdę. Znajomy, który był w Dardżylingu kilka lat wcześniej, pisze w liście: "jeśli nie będziecie mieli nic do roboty zawsze można odwiedzić tutejsze zoo". W tym zdaniu zawarta jest ważna informacja. On również utknął i szukał rozrywek. Nie znosimy zoo, ale ile można siedzieć i patrzyć w mleczną dal? Pójdziemy tam po śniadaniu.


- Hello.
- Hello. Two milk teas please.
- Momo?
- No! No momo. Two milk teas. - Kawalarz w budce nie marnuje okazji do żartu. Pijemy słodkie herbaty i patrzymy na ruch uliczny sprzedawców, kupujących, naganiaczy i naciągaczy. Po dachach nad stadniną kucyków skacze małpa. Staje na tle billboardu, który twarzą pięknej Hinduski reklamuje bank. Małpa zażera owoc ukradziony ze straganu i wyrzuca łupiny na drogę. Twarz modelki nawet nie drgnie.


Przy wejściu do zoo ustawiona jest budka strażnika i wykrywacz metalu, który nie działa, ale za to kanalizuje przepływ ludzi w wąski, łatwy do ogarnięcia wzrokiem strumień. Żeby robić zdjęcia w zoo trzeba dopłacić małą sumę, ale że kraty na fotografiach są mało nęcące, to aparat trafia do plecaka. Zaraz potem natrafiamy na Izraelczyka, którego poznaliśmy na dworcu w Katmandu. Zwiedza zoo z kolegą. Chwalą się, że oszukali strażnika, nie zapłacili za aparat, a robią zdjęcia. Dzięki temu są jakąś złotówkę do przodu. Czuję jak nadciąga fala żartów o Żydach i pieniądzach, ale zaciskam zęby. Pytam jak minęła mu podróż. Niedobrze. Tam, gdzie pojechał, nie było żadnej granicy.

Zoo w Dardżylingu ma swoją chlubę w postaci dużej rodziny czerwonych pand. Lista placówek, które zdołały utrzymać je w zdrowiu nie jest wielka, choć akurat jest na niej zoo krakowskie. Panda czerwona wygląda raczej jak szop niż niedźwiedź. Kursuje nerwowo tam i z powrotem po scenografii ułożonej z gałęzi. Jej pocieszny ryjek nie licuje z agresywnym spojrzeniem.

Zwierzęta w zoo dzielą się na dwie grupy. Te zdołowane oraz te agresywne. Do grupy pierwszej zaliczają się langury, które siedzą nieruchomo na drzewach i tulą swoje potomstwo. Małe wciska głowę jak najgłębiej w futro rodzica, a ten w niemym wyrzucie wodzi wzrokiem za grupami odwiedzających. Tygrys też leży. Tak samo wilki, irbis i pantera. Grupa druga to wspomniane czerwone pandy, ale przede wszystkim niedźwiedź himalajski. Maleńki, w porównaniu z tym co znamy z naszych lasów, za to wiecznie pobudzony, niepokojąco szybki i bardzo wściekły. Od ludzi oddziela go fosa. Pewnie kiedyś zbierze wystarczająco dużo siły i nawet jeśli miałby przy skoku zwalić się rowu, to i tak zabierze ze sobą trójkę hinduskich dzieci, które wrzeszczą i zaczepiają go wyciągając rączki.

Jedynie ptaki kurowate Himalajów są zadowolone z paszy i klatki. Puszą się przy karmnikach i świecą po oczach tłustym złotem piór.

Przy alejce po drugiej stronie góry przycupnęli drobni handlarze liczący na zysk z wygłodniałych turystów opuszczających zoo. Przy stoisku z momo zatrzymał się jakiś motocyklista i grupa lokalnych gimnazjalistek w charakterystycznych uniformach. Jedzą z talerzy złożonych z liści. Maczają pierogi w czerwonym sosie, który dostali od sprzedawcy. Sos jest bardzo ostry, więc alejką roznosi się koncert syknięć powietrza zasysanego przez sparzone usta. Podejmujemy wyzwanie. Momo są świetne, co nie dziwi, wszak jedzą je lokalni. Sos natomiast nie mieści się na europejskiej skali doznań cielesnych i nie opisują go żadne znane mi słowa.


Łazimy bez celu po alejkach. Mgła gęstnieje, zapada zmrok. Robi się melancholijnie, a to oznacza że czas na piwo. Indie, czy też jak chcą lokalni Gorkhaland, rządzi się swoimi prawami i idąc w sukurs postępującemu alkoholizmowi bezrobotnych mas zostały ustanowione tak zwane „suche dni”. Dziś wypada jeden z nich. Sklep monopolowy i bary są nieczynne. Prohibicja, jak to ma w zwyczaju, wzmaga pragnienie, więc wracamy do domu ze spuszczonymi głowami. Nagle widzimy, że na piętrze budynku stojącego przy alejce świeci się neon z napisem „Restaurant”. Z wewnątrz dochodzą odgłosy imprezy.

Knajpa stoi zaraz przy targu i stajni, co oznacza że przede wszystkim obsługuje okolicznych sprzedawców i pracowników. Żeby do niej wejść trzeba przejść przez korytarz, a potem schodami do góry. Ciemne przestrzenie rozświetla czerwone światło papierowego lampionu. Jest brudno, brzydko i późno, a hałas który rozbrzmiewa z góry ma brzmienie gdzieś na pograniczu zabawy i awantury. Wychodzimy na piętro i docieramy do przedsionka lokalu. Wtem z wewnątrz z impetem wypada niewielki nepalski mężczyzna. Jest całkowicie zawalony. Za nim kroczy rosły facet. Pijak wpada na ścianę, ześlizguje się z niej i kładzie się nieprzytomny na podłodze. Mięśniak stoi i cierpliwie obserwuje, czy kolega zajął właściwą pozycję. Marysia ignoruje scenę i z gracją baletnicy stawia duży krok nad nieprzytomnym ciałem. Zagląda do wnętrza restauracji i widząc dziesięciu pijanych w sztok Nepalczyków obrabiających butelkę pozbawioną etykiety krzyczy do mnie: „Hej! Tu mają piwo!”


Wnętrze do królestwo plastiku, tandety i miernych programów Nepalo disco sączących się z niewielkiego telewizora. Pijane towarzystwo ignoruje nas, choć czuć że nastrój nieco stężał odkąd biali siadli obok. Podchodzi do nas kelnerka, zapewne właścicielka, o znajomych przykurczonych powolnych ruchach kobiety w bardzo zaawansowanym stadium choroby alkoholowej. Potwierdza, że ma piwo, po czym znika na pół godziny i wraca z dwiema butelkami wydębionymi z zamkniętego sklepowego magazynu należącego do sąsiada. Przebija cenę sklepową dwukrotnie, po czym wraca do libacji, która odbywa się za naszymi plecami. Piwo nazywa się „Hit”, warzone jest w Sikkim Brewery i przeznaczone jest do sprzedaży jedynie na terenie Sikkimu. Smakuje gliceryną. Posiada wysoką zawartość alkoholu, co jest jego jedyną zaletą. Gdyby nie niska temperatura byłoby niepijalne. Niezależnie od tego wchodzi wyśmienicie i w zdumiewający sposób pasuje do pijackich awantur oraz samotnego mężczyzny, który stolik obok zamówił coś do jedzenia i teraz tego bardzo żałuje.


Wychodzimy po jednym i żegnamy się z właścicielką. Jej wzrok zdradza, że nie będzie jutro posiadać wspomnienia naszych odwiedzin. Dziadek ze sklepowej budki pod domem krzyczy do nas "Namaste, sir!". Kupujemy u niego cukierki toffi i zjadamy je siedząc przy stołach zasłanych ceratą.

12/05



Kolejne rano w naszej ceratowej piwnicy. Widok za oknem tradycyjnie już rozpościera się na nieskończoną mglistą próżnię. Jemy tosty z tuńczykiem przygotowane przez zabieganą gosposię i gdy stoimy w kolejce pod prysznic poznajemy naszą sąsiadkę, tajemniczą Catherine, której imię widnieje na kartce obrysowane sercami i kwiatkami. To ta sama Angielka, która serdecznie i, jak się okazuje trafnie, wskazała nam drogę do noclegu.

Catherine ma dwadzieścia kilka lat. Jest ciemnowłosą, sympatyczną dziewczyną o nieco okrągłych kształtach, które są dla niej łaskawsze niż dla większości jej rodaczek. Znalazła ogłoszenie na uczelni i postanowiła się do czegoś przydać. Opiekuje się dziećmi w dardżylińskim domu dziecka. Akcja organizowana jest przez właścicieli domu, w którym mieszkamy. Kręci się tu jeszcze kilku innych Anglików, którzy przyjechali pracować za darmo. Z tego co mi opowiadano Brytyjczycy mają najgęstszą i najbardziej efektywną sieć wolontariatów na terenie Indii. To taka forma leczenia kaca.

 
Po wyjściu z budynku idziemy w kierunku Chowrasta i mijamy szereg blaszanych wszystkoposiadających bud. Kątem oka widzę jak na rogu, gdzie ulica przechodzi już w plac, przy budce siedzą biali, piją herbatę i gaworzą z nepalskim sprzedawcą. Właśnie się żegnają, więc zachęcony przykładem siadam na ich miejscu i proszę o milk tea. Szeroko uśmiechnięty Nepalczyk słysząc zamówienie pyta "Momo?", po czym zaczyna kiwać głową dla potwierdzenia, że to tylko taki żart. 


Dardżyling ma swoje centrum handlowe. Jest prawdziwe, choć może nieco puste. W tym centrum jest multipleks składający się z dwóch sal kinowych. Kompleks znajduje się niżej, w dole zbocza, bliżej centrum handlowego, w tłocznym betonowym mrowisku, przy którym wysiedliśmy z dżipa i pierwszy raz ujrzeliśmy miasto w swojej wątpliwej glorii. Powolne zanurzanie się w codziennej, mniej turystycznej dzielnicy podnosi ciśnienie, ale i tak bardziej drażni nas abstrakcyjna mapa z przewodnika. Mija kilka godzin zanim znajdujemy właściwy budynek. 

Do wyboru mamy film produkcji nepalskiej, co jest rzadkie i niespotykane. Plakat jednak wyraźnie wskazuje, że to ckliwa historia miłosna, a ja jestem w nastroju rozrywkowym, więc zostaje nam jeszcze horror w 3D i Bollywoodzkie kino sensacyjne. Wybór pada na ten ostatni film. Nosi tytuł "Dum Maaro Dum" i również dlatego go wybieramy, że nieobcy nam jest szlagier Ashi Bhosle

Film zaczyna się za godzinę. Zwiedzamy ekskluzywny sklep z rękodziełem i herbatą. Pijemy filiżankę dobrego zeszłorocznego zbioru, a sprzedawca opowiada nam o hodowli i fermentacji. Do środka wchodzi wielka hinduska rodzina w poszukiwaniu prezentu, prawdopodobnie na ślub dwójki młodych zagubionych ludzi, którzy ciągną w ogonie za resztą rodziny. Matka i ojciec wypytują o szczegóły dotyczące kolejnych ozdobnych zastaw stołowych, a my dyskretnie opuszczamy sklep. 

Opisy hinduskiego seansu filmowego można znaleźć w każdym przewodniku i przeważnie mówią one o pełnych salach, żywiołowych reakcjach i olbrzymim natężeniu fonii. Z tego pakietu w nepalskim Dardżylingu dostajemy jedynie ostro przesterowany głos, który puszczony jest na tyle mocno, że pierdzące membrany zniekształcają brzmienie dźwięków. Idealnie pasuje to do filmu, trzygodzinnej krwistej eskapady samotnego policjanta w seksualny i narkotyczny świat stanu Goa, którym ewidentnie rządzi ruska mafia na spółkę ze skorumpowanymi hinduskimi biznesmenami – na co dzień właścicielami świetnie prosperujących spalarni zwłok. Jest tu wszystko, mnogość wątków, która wystarczyłaby na pięć innych filmów, zupełnie szalony i nieco nowatorski montaż oparty na bardzo widocznym morfingu poszczególnych scen, roznegliżowane Hinduski z pierwszych stron bulwarowych gazet, piosenki, od tanecznych przeróbek klasyki hinduskiego popu, po hip hop w wykonaniu samotnego stróża prawa, a także penetracja analna jako forma zastraszenia bandytów. Dodatkowo: nadziewanie na ostre przedmioty, rozbijanie dużej ilości świetlówek, seks, narkotyki i gładki rock'n'roll. Obecni na sali buddyjscy mnisi wyglądają na nadzwyczajnie znudzonych. 

Po seansie idziemy da Hasty Tasty, restauracji przy Chowrasta, która kuriozalnie, w najbardziej oddalonym na północ zakątku Indii oferuje "prawdziwe południowoindysjkie jedzenie". Jemy dosę, która smakuje równie podejrzanie co kwaśnica nad Bałtykiem. Z filmu zostały nam w głowie dwie rzeczy. Pierwsza: odmienny kulturowo happy end polegający na tym, że jeden z głównych bohaterów ginie z rąk złego pana cały szczęśliwy, że w zaświatach wreszcie zobaczy swoją utraconą rodzinę. Druga: Goa to musi być jednak bardzo ciekawe miejsce, trzeba tam jechać. 


Marysia od wczoraj nie czuje się najlepiej. W kinie dopadła ją gorączka, którą zwalczyła doraźnie zimną butelką przyłożoną do czoła. Po obiedzie jest zmęczona, bierze aspirynę, idzie do łóżka i zasypia. Ja chodzę jeszcze chwilę po mieście, zaglądam do eleganckiego hotelu napisać maila, siedzę na ławce i patrzę na kucyki. Wracając do naszego domu mijam otwartą budkę z cukierkami i starszym, nieco ślepym Nepalczykiem, który na powitanie mówi "Namaste, sir!", uśmiecha się szczerze i przykłada złożone ręce do czoła. Kupuję u niego cukierki toffi, które zanoszę chorej małżonce.

11/05


Mgła nigdy nie opuszcza tego miejsca. Chmura spływa w dół zbocza, po niej przychodzi następna. Nic nie schnie, ale też nie padają ulewne deszcze. Z rzadka wychodzi słońce, a jak już, to nie przynosi tego ognistego upału. Anglicy postawili miasto w idealnym miejscu, kilka metrów powyżej ukropu, kilka metrów poniżej słoty. 


Według jednej legendy Dardżyling oznacza kamień, przy którym ludzie zbierają się, żeby poplotkować. Według innych chodzi o tybetańskie imię, pochodną słowa oznaczającego piorun, czy buddyjski symbol religijny. 

Może coś z tego bałaganu znaczeń, a może w ogóle pokrętność historii tego miejsca predestynuje je do bycia odmiennym. Bo co to za pomysł? Jakiś doktor trafia na kilka domów i świątynię i dochodzi do wniosku, że to idealne miejsce na nasiona herbaty, które dostał od Chińczyków, na sanatorium dla brytyjskich żołnierzy, którzy sponsorują mu wyprawę, na kolejkę parową, na deptak, na wygodne fotele. Na dużo wygodnych foteli, na których można siedzieć, pić chińską herbatę z kolegami żołnierzami i patrzyć na chmury, przez które może będzie dziś widać Kanczendzongę, sir Thomasie, ale jednak nie, pogoda nie była nam dziś łaskawa, no, to może jeszcze filiżaneczkę.

Tak właśnie postanawiamy ugryźć ten dziwny Dardżyling. Od strony Brytyjczyków, od strony buddystów i od strony turystów. 

Idziemy do jednego z hoteli z okresu świetności Brytyjczyków. Wybudowany na początku dwudziestego wieku Windamere z zewnątrz wygląda jak ilustracja z książki przygodowej. Wielkie okna, mnóstwo tarasów, alejki obsadzone całym ogrodem botanicznym, służba w uniformach liczebnie zdecydowanie przekraczająca ilość gości. Niegdyś to był męski internat dla plantatorów herbaty, później hotel, który rozrastając się wchłonął budynek, w którym Vivien Leigh bawiła się dziecięciem będąc, potem sławny książę Sikkimu poznał tu swoją niemniej sławną amerykańską żonę. 

Nieco onieśmieleni pytamy w recepcji czy w ogóle przewidują degustację dardżylińskiej herbaty, co spotyka się z naturalnym dla takich sytuacji blazem oznaczającym „oczywiście, że tak, wieśniaku”. Cena dzbanka pięćset rupii, czyli dwa noclegi w naszym pensjonacie. Siadamy na jednym z licznych tarasów z widokiem na mgłę. Kelnerka przynosi dzbanek i wyciąga z niego liście. Napar wydaje się blady, co budzi podejrzenia. Zupełnie niesłuszne. Herbata smak ma wyrazisty, z ciekawą cierpką nutą. Na dodatek jest mocna, przy drugiej filiżance czuję że przyspiesza mi serce. 



Rozkoszujemy się chwilę tarasem, herbatą i mgłą, po czym postanawiam odwiedzić ubikację. Obsługa ogólnikami wyznacza kierunek, w którym mam szukać toalety znajdującej się gdzieś w głębi budynku. W ten sposób przymusowo zwiedzam hotel, który dla gości z zewnątrz pozostaje raczej niedostępny.

To jak przejść przez szafę z Narnii, tylko w drugą stronę. Trafiam z tarasu na werandę do przedpokoju na korytarz i do pokoju gościnnego. Fotele, masa wielkich foteli, kanapy, gęste wielkie dywany, pianina, trzy, na każdym kartka „proszę nie używać, w okolicy nikt nie potrafi nastroić”, zdjęcia w ramach, odręczne podziękowania z lat trzydziestych, że Sylwester był wspaniały, panie generale. Scenograficzne uderzenie jak łup obuchem. Płynę bezgłośnie po miękkich tkaninach. Ostrożnie naciskam klamkę w drzwiach do ubikacji. Klamkę! Coś czego nie widziałem od miesiąca, nie mówiąc o tym że jest to klamka złocona i z zawijasem. Gdy kręcę eleganckim kurkiem zdobionym w motyw kwiatowy rury trzęsą się i wyją. Boję się, że zaraz to wszystko się rozpadnie, że to tekturowa atrapa. W holu patrzę na wielkie drewniane schody i orientuję się jak wyglądam dopiero gdy przechodząca obsługa mało uprzejmie gapi się na moją elegancko rozdziawioną gębę. 

Świątynia jest wielobranżowa. Przede wszystkim jest tu budząca trwogę mała ciemna jaskinia, w której przebywa Śiwa. Podpisano go słowami „Durjay Ling”, czyli w luźno tłumacząc „Lord Śiwa o nieskończonym męstwie, który rządzi Himalajami.” Jest też szereg małych ołtarzy stricte buddyjskich, jako że znajdowała się tu świątynia wybudowana w XVIII przez lamę Dorje-Rinzinga, którą spalili Gurkhowie, ale potem odbudowali. 

Panuje tu nieco poważniejsza atmosfera niż w Gorce, czasem trzeba ściągać buty, a w niektórych częściach niemile widziani są niebuddyści. Kompleks jest jednak żywy, przechadzamy się w tłumie głównie hinduskich turystów, którzy zwiedzają w uduchowionych nastrojach. Jakaś rodzina prosi nas o wystąpienie na zdjęciu, co przyjmujemy ze zdziwieniem i proponujemy im to samo.


W lekkim zagubieniu cudzymi rytuałami religijnymi mamy czas przypatrzeć się dwóm mnichom buddyjskim, którzy w małej kapliczce z potężnym wizerunkiem Śiwy na ścianie modlą się do bliżej nieokreślonego świętego zwoju. Obok przechodzi rodzina z Izraela, charakterystyczna, bo z bardzo zaangażowanym ojcem buddystą, który nieustannie poucza swoje dzieci gdzie mają ściągnąć buty, a gdzie oddać hołd. Widząc mnichów, którzy właśnie skończyli się modlić i teraz wspólnie składają zwój stojąc pod wizerunkiem Śiwy, podchodzi do nich i pyta z gniewem w głosie czy to się nie kłóci – buddyjskie inkantacje w kapliczce poświęconej cudzym bogom. Starszy z mnichów odwraca się spokojnie do Izraelczyka, a z jego ust pada odpowiedź: „Na tym właśnie polega buddyzm. Nic się z niczym nie kłóci.” 

Turyści. Ich w restauracji Glenary's nie brakuje. Tylko w Katmandu widzieliśmy obrusy na stołach, prawdziwą kartę dań, prawdziwego kelnera i naprawdę zimne piwo w trzech różnych markach. Zamawiamy pełnoprawne danie i to z mięsem, chicken dupiazę (pisane dowolnie, ale raczej dopiaza) zapamiętane przez Maryś jeszcze z momentu jak mieszkała w Wolverhampton, głównie ze względu na swoją śmieszną nazwę, która prawdopodobnie oznacza po prostu podwójną ilość cebuli. Danie zjawia się po zwyczajowym pół godziny, ale kurczaka w nim niewiele, a jak już to łykowaty, zaś sos sami potrafimy zrobić lepszy. Za to Francuzi stolik obok wzięci tajemniczą atmosferą miasta zagajają co to za romantyczny akcent słyszą zza ucha. Nieco markotnieją, że nie rosyjski. Opowiadają nam za to o Kalkucie, strasząc, ale i zachęcając do wizyty.


Po kolejnym piwie spacer w tłumnym, ale cichym centrum turystycznym znanym jako Chowrasta jest już samą przyjemnością. Patrzymy na koce, rzeźby, figurki. Na hotele, pensjonaty restauracje. Kuce, psy i koty. Zapada zmierzch, robi się chłodno. Wracamy do naszego ceratowego schroniska. Nie musimy się spieszyć. Wiadomo, że zostaniemy tu dłużej.

10/05


Jasno robi się o piątej rano. Autobus rytmicznie podskakuje na wybrakowanych drogach płaskiego Teraju. Jest nijak. Trawiaste połacie ziemi od lewej do prawej. Niewielkie skupiska blaszanych domków pojawiają się i znikają. Puszka na kółkach trzęsie i stęka. Zasypiam, budzę się, zasypiam. Znużone snem kukiełkowe głowy ludzkie podskakują na wybojach. 

Im bliżej granicy tym więcej lasów. Właściwie nie wiem czy to las, raczej obszar równo zarośnięty młodymi drzewami, chyba sztucznie zasadzonymi w ramach ratowania wykarczowanych obszarów. Powoli gęstnieje zabudowa, a z nią ruch uliczny. Zaczyna się krzątanina, dowóz świeżych owoców, mleka, dzieci do szkoły. Co chwilę droga zamienia się w mosty długie na kilometry. Dwa, trzy metry pod nimi rozciągają się kolejne łąki, zapewne całkowicie zatapiane podczas pory deszczowej, która niebawem nadejdzie. Mnożą się małe mieściny. Pojawia się wojsko, dużo wojska, całe garnizony, które wybiegły na ulicę na poranną musztrę. Granica. Jest czego pilnować. 

Kakarbhitta zaczyna się niezauważalnie. Po prostu wjeżdżamy pomiędzy budynki. Przyzwyczajony do górskich siedlisk patrzę na miasto pełen podejrzeń. Wygląda nienaturalnie, tak pospolicie wyrastając z ziemi, bez powodu i dania racji. Jest duże i gwarne. Ludzie przmieszczają się jakby ich nakręcała energia wschodzącego słońca. Przygraniczna logistyka – dużo chodzenia, mało noszenia. Biznes cięższy niż w Nowym Jorku. 

Wysiadamy z autobusu. Pomocnik kierowcy woła mnie z dachu. Nie radzi sobie z klamrą naszego zapięcia, którym przymocowaliśmy bagaże. Wychodzę pomóc. Jakaś bogata Nepalka pyta dokąd jedziemy. Mówimy, że do Dardżylingu. Dziewczyna cieszy się, mówi że to piękne miejsce. Przez chwilę nas obserwuje, po czym wsiada do samochodu, który po nią przyjechał i odjeżdża. 

Rozglądamy się. Pięknie nie jest. Szybkie śniadanie i ucieczka. Do wielkiego, choć prowizorycznego dworca przytulony jest duży na pozór szacowny hotel. Wchodzimy do środka nie niepokojeni przez nikogo, siadamy w pustej sali restauracyjnej. Nic się nie dzieje. Idę do ubikacji. Nie ma światła. Nie ma wody w zlewie. Wracam na salę. Pusto, jedynie Marysia siedzi i patrzy za okno. Hotel widmo. 

W końcu pojawia się jakiś człowiek. Zaspany, ale nienadmiernie zaskoczony naszą obecnością zaczyna krzątać się za barem. Proszę o menu. Wręcza mi lepką plastikową kartkę, z której wynika, że przede wszystkim trzeba się napić alkoholu. Są też jakieś jajka, ale do nich straciłem przekonanie jeszcze w Gorce. Poza tym i tak nikt z obsługi nie zrobił zakupów, więc jedzenia brak. Udaje mi się wynegocjować suchy chleb, dżem i herbatę. 

Musimy się pozbyć nepalskich rupii, które za granicą są całkowicie bezużyteczne. Dwa przypadkowe kantory nie mają rupii indyjskich, co jest trochę dziwne, ale nie aż tak żeby dochodzić powodu. Kantor przy drodze głównej ma wszelkie potrzebne waluty, a także trzyosobową rodzinę za ladą i około dwóch znajomych po drugiej stronie kontuaru. Zostajemy w nim przyjęci z prawdziwą serdecznością. Domniemana mama pyta co robię w Azji z tak młodą kobietą. Żeby dokonać transakcji trzeba się wylegitymować paszportem. Cała kantorowa gromadka wytrzeszcza oczy widząc rok urodzenia Marysi. 

Przejście graniczne jest szerokim, długim mostem. Wzdłuż niego ciągną karawany ludzi. Ciągną wózki lub jadą na rowerach, ale przede wszystkim idą niosąc towary każdego kształtu, rodzaju i przeznaczenia. Ludzki strumień wydaje się być puszczony swobodnie. Straż graniczna jest zajęta staniem w grupkach, oparta o słupy, siedząca na schodkach, czy familiarnie gaworząca z cywilnymi znajomymi. Nikt nie zwraca na nas uwagi, wtapiamy się w tłum zupełnie naturalnie, jakby już zmienił nam się kolor skóry, a na naszych plecakach nie było napisu Alpinus, tylko Tata. 

Dopiero po przejściu półkilometrowego mostu ktoś niedbałym gestem dłoni kieruje nas do budki stojącej daleko na poboczu. Urzędnik imigracyjny, bo jak mniemam do niego nas zaproszono, siedzi w małym domku znajdującym się na końcu kamiennej ścieżki, która prowadzi pomiędzy egzotycznymi roślinami. Im bardziej się zbliżamy tym bardziej milknie gwar kawalkady przewalającej się ulicą. Pod drewnianymi zdezelowanymi drzwiami waruje flegmatyczny pies. Niechętnie zmusza gałki oczne do przerzucenia się z niekonkretnej przestrzeni nieboskłonu na konkretnych nas, po czym rozpoznając dwóch brudnych białych turystów wraca do swojego poprzedniego położenia. Proszę przejść i zameldować się urzędnikowi. 

Pukamy. Nerwowy głos zaprasza do środka. Za biurkiem siedzi krępy Hindus. Ubrany jest w białą koszulę lepko przylegającą do ciała, na nos założone ma okulary tak proste, że nie wiadomo czy nie druciane. Z odruchową i zupełnie już nieszczerą irytacją wręcza nam po jednej kartce, którą musimy uzupełnić. Imię, nazwisko, adres zamieszkania, adres w Indiach, imiona rodziców, port of arrival. Zadajemy pytania. W raju biurokratów żadna rubryka nie może zostać pusta. Port of arrival zabija większego klina. „Port of arrival?”. Urzędnik odpowiada głośno, szybko i nerwowo: „Yes! Port of arrival! Where you come! Kolkata, New Delhi, Bangalore, Hyderabad, Mumbai, Jalpaiguri!” Nie rozumiemy, ale nie dajemy po sobie znać. Czekam chwilę, chrząkam i pytam ponownie: „port of arrival?”. „Yes! Port of arrival! Where you come! Kolkata, New Delhi, Bangalore, Hyderabad, Mumbai, Jalpaiguri!” 

Wpisujemy New Delhi i oddajemy kartki. Hindus ogląda formularze, poprawia to, co napisaliśmy, porównuje z paszportami, szuka czegoś w papierach, sprawdza coś w katalogach, szpera, zestawia, analizuje i cały czas wydaje z siebie drobne postękiwania. Patrzę za okno na cichy strumień tragarzy płynący ulicą, na psa który przez chwilę goni się z jakimś małym gryzoniem, po czym stwierdza, że jest na to za ciepło i za nudno, na drzewa, których nie znam i na budkę, w której siedzę i która, nie wiedzieć czemu, przypomina mi Rudyarda Kiplinga. 

Urzędnik w końcu dopełnia formalności również w kwestii czasu, jaki należy się petentom. Bierze wszystkie wypełnione kartki i nawleka je na sznurówkę. Chwyta pieczątki, macza je w tuszu i z pełnym nabożeństwem wbija nam dowód powtórnego wjazdu na teren Indii, po czym wyprasza nas ze swojej fortecy. Pies chce odprowadzić nas do drogi, ale widząc że nie damy mu jedzenia rezygnuje w połowie i wraca na swoje stanowisko. 

Indie. Po tej stronie granicy stoi milion małych blaszanych pudełek. Sprzedaje się w nich wszystko, co zaistniało choćby na chwilę. Czternastu rikszarzy koniecznie nas zawiezie, tylko nie wie gdzie. Znajdujemy człowieka z samochodem, który twierdzi że jedzie do Dardżylingu. Pełni rezerwy targujemy cenę i gdy schodzimy do satysfakcjonującego nas poziomu wsiadamy do małego dżipa. Kierowca dosadza nam rodzinę z dwójką dzieci i jeszcze kogoś, po czym rusza. Zdaje się, że nie tylko nam jest ciasno. W pojeździe panuje wisielcza atmosfera. 

Ruszamy. Zaraz za miastem koło zaczyna się tłuc. Kierowca wychodzi je naprawić. Po kilku próbach z użyciem lewarka i kawałka metalu kierowca wraca do środka i informuje nas, że chce teraz wziąć od nas pieniądze. Musi kupić nową część do samochodu, a niedaleko jest warsztat. Ojciec rodziny kłóci się z kierowcą. Dostaje się nam rykoszetem, kierowca zaczyna przeprowadzać skomplikowane operacje matematyczne, z których rodzą się nieoczekiwane kwoty. Trzymamy się ustalonej sumy, ale nie umyka naszej uwadze, że rodzina płaci znacznie mniej. Staram się dociec czemu tak jest, ale odpowiedź przechodzi moje oczekiwania. Ten samochód jedzie do Siliguri, a nie do Dardżylingu. 

Jedziemy dalej. W przewodniku sprawdzamy, że Siliguri, to ważny węzeł komunikacyjny, niemalże po drodze do Dardżylingu, więc może i tak trzeba o niego zahaczyć. Mój umysł uśpiony poczciwością Nepalczyków powoli budzi się do walki. To jest drugie podejście do Hindusów, wiem czego się spodziewać, jestem przygotowany, tym razem nie dam się tak łatwo. 

Po dłużącej się podróży nudnymi indyjskimi mieścinami dojeżdżamy do Siliguri. Z perspektywy pasażera zapchanego dżipa miasto wygląda jak kretowisko. Szereg paskudnych wysokich domów wybudowanych przy wielopasmowej drodze. Tłok, korek, smog, hałas. Wizja tego, że podstępny kierowca zwyczajnie nas tu zostawi i będziemy zmuszeni spędzić tu choćby chwilę dłużej niż trzeba dodatkowo burzy mi krew w żyłach. 

Zatrzymujemy się przy zapchanym placu należącym do jednego z licznych siligurskich hoteli. Kierowca wysiada, rodzina rozpuszcza się w tłumie. Kierowca każe nam wysiąść. Pytam czy to jest Dardżyling. Zaprzecza, więc mówię, że wysiądę dopiero w Dardżylingu, bo tak się umawialiśmy. On mówi, że oczywiście, tyle że on nie jedzie, jadą inni, musimy się przesiąść. Niech mi więc, mówię, przyprowadzi tu mężczyznę, który będzie nas wiózł. Kierowca pokazuje mi jakiegoś gościa krzątającego się koło innego dżipa. Facet ładuje na dach bagaże jakichś Hindusek. Podchodzimy do niego i pytamy: „To ty będziesz nas wiózł do Dardżylingu?” Niby potwierdza, ale udaje bardziej zajętego niż jest. Naciskamy i pokazujemy palcem: „Popatrz. Tamten człowiek powiedział, że masz nas zawieźć do Dardżylingu. On dostał za to pieniądze. Twoje pieniądze za ten kurs są u niego. Jeśli chcesz mieć ten kurs opłacony, to wiedz że ja już nie mam pieniędzy.” Działa. Za chwilę obaj mężczyźni stają przed nami i urządzają pokazowy teatrzyk przekazywania sobie pieniędzy. 

Ruszamy z nowym kierowcą w innym dżipie. Ciasno, zawsze ciasno, ale tym razem zamiast całej rodziny jest matka z dorosłą córką. Jedzą jakieś tłuste czerwone coś, co wygląda jakby było słodkie i pikantne. Tłuszcz leje się po rękach kobiet. Wycierają je w obicie siedzeń. Mam pod ręką papier toaletowy, więc wyrywam kawałek i daję córce, która gorzej radzi sobie z tym bałaganem. Dziewczyna przyjmuje ode mnie podarek, ale jest całkowicie zagubiona, co do moich intencji. Matka pokazuje jej, że chodzi o wytarcie rąk. Dziewczyna niezgrabnie trze ręce ruchem nieprzyzwyczajonym do takiej czynności, po czym nie widząc w tym żadnego sensu po prostu zostaje z papierem w dłoni. Całkowite nieporozumienie. Dałem jej papier, materiał który nigdy w życiu do niczego jej się nie przydał. 

Jedziemy na północ. Okolica dziczeje. Mimo że jesteśmy w nizinach i tak wszystko porastają krzewy herbaty. Zmienia się zabudowa, jest coraz więcej posiadłości, ogrodzonych farm, dużych budynków otoczonych gęstą roślinnością. W końcu i to zostaje za nami. Jedziemy długą prostą drogą, która prowadzi do wielkich gór, które wyrastają ścianą przed naszą przednią szybą. Dookoła łąki, krowy i słupy podtrzymujące kable z prądem. 

Masyw górski jest coraz bliżej. Silnik pracuje rytmicznie. Równa nawierzchnia nastraja do skupienia. Nikt się nie odzywa, nie gra żadna muzyka. Nagle obok nas, na słupie przy drodze następuje eksplozja. Z kabla strzeliście bucha w górę potężny ognisty płomień i równie gwałtownie gaśnie. Wszyscy skaczą: kierowca, samochód, pasażerowie, a nawet leniwe do granic rozsądku krowy. 

W pięknym południowym słońcu zaczynamy samochodową wspinaczkę w górę. Nie myślałem, że droga może być gorsza niż ta z Katmandu, ale Hindusi wiedzą jak burzyć twoje wyobrażenia o świecie. Tutaj ledwo mieści się samochód. Manewr mijania pojazdu z naprzeciwka wymaga ciężkiej pieczołowitej pracy obu zainteresowanych stron. Serpentyny są gęste. Tylne koła dżipa raz po raz tracą nieco z przyczepności i obracają się w powietrzu. Jestem bardzo zmęczony drżeniem o życie swoje i innych. Mózg przestaje odczuwać emocje, rozsądek wykręcił się na drugą stronę próbując pojąć sens zjeżdżania z jednych gór tylko po to, żeby od razu wyjechać na inne. Patrzę w otwarte otchłanie spokojnie, ze zrozumieniem i pełną akceptacją rzeczywistości. Samochód wspina się bez wytchnienia kręcąc się w lewo i prawo, coraz wyżej coraz większych gór. Kolejne tereny mnożą się przed nami udowadniając siłę tego świata. To nie jest zwykły masyw górski, nie jakieś tam pagórki. To prawdziwy ocean gór, otchłań wzniesień, szczytów, zboczy, dolin, przełęczy. Gdzieś tam się zaczyna, ale nigdy się nie kończy, na zawsze wychodzi wyżej, wbija się w chmury, przekłuwa je na wylot, sięga granic atmosfery i dumnie sterczy w pewności, że za jedną wielką górą kolejna szczery jeszcze ostrzejsze zęby. 


Zaczynają się miasta. Powietrze się rozrzedza, pogoda zmienia się całkowicie. Jest pochmurno, mgliście. Wieje chłodem. Zaczyna lekko mżyć. Podróż trwa już od kilku godzin, więc kierowca zatrzymuje się przy przypadkowym dworcu, żeby rozprostować kości i coś zjeść. Jest tu dość brzydko, choć w oswojony już sposób. Wiadomo beton, zatłoczona droga, śmieci w rzece. 

Ostatnia część trasy biegnie w nieprzerwanym korku samochodów dostawczych i osobowych. Życie na dwóch tysiącach metrów kwitnie jak nigdy wcześniej w swojej historii. Dzieci dojeżdżają do szkoły, sklepy przyjmują towar, kobiety wracają do domów, mężczyźni jadą załatwiać interesy. 


To nie są Indie jakie poznaliśmy po przylocie do Delhi. Budownictwo jest pod dużym wpływem Brytyjczyków. Przedwojenne angielskie domki sąsiadują z ich nowocześniejszymi imitacjami. Dziwaczności tej i tak już dość kuriozalnej mieszance dodaje fakt, że nie widzę żadnych Hindusów, za to samych Nepalczyków. Wszystkie afisze, na których widnieje adres, mają odręcznie przekreślone „West Bengal” i w tym miejscu wpisane „Gorkhaland”. Jechałem do Indii bojąc się Hindusów. Jestem w Gorkhalandzie pełnym Nepalczyków. 

Rozrost trwa. Granica między miejscowościami jest umowna, więc wjeżdżamy do Dardżylingu niepostrzeżenie. Kierowca stara się dojechać do centrum, ale blokuje się po drodze w korku. Utknął na dobre, prosi nas żebyśmy wyszli. Trafiamy do gęstej ludzkiej magmy, która płynie wąską ulicą obudowaną z jednej strony niskimi domami i straganami, a z drugiej piętrowymi domami handlowymi. Jest tłoczno, szaro, industrialnie. Żaden kurort i sanatorium, raczej handel, hałas i wyziewy. 

Czas włożony w znalezienie odpowiedniego noclegu w Bhaktapurze zaprocentował, a że późno nie jest, to postanawiamy rzetelnie przyłożyć się do zadania. Najpierw wchodzimy do hotelu, który polecał nasz przewodnik. Recepcja za rzeźbionym kontuarem i potężny puszysty dywan w holu potwierdzają przypuszczenie, że przewodniki już dawno oderwały się od rzeczywistości. Dalsze dowody znajdujemy, gdy okazuje się że minimapa Dardżylingu nie ma żadnego związku z faktycznym miastem. Błądzimy po ulicach wspinających się ponad zakurzony handel głównej ulicy. Znajdujemy spokój, porządek, dyskretny urok niewielkiej turystycznej mieściny. Pytamy o drogę przypadkowego przechodnia, angielskiej młodej turystki wyglądającej na zasiedziałą, bo bez plecaka, za to w indyjskich ubraniach. Jest życzliwa i chętna pomóc, ale nie wie gdzie jest wspominamy w przewodniku hostel, na „światowym poziomie” przy „ludzkiej cenie”. Poleca niedrogie mieszkanie, w którym sama się zatrzymała, choć nie umie nam wytłumaczyć, jak do niego trafić. 

Wspomniany hostel prezentuje szyk charakterystyczny dla europejskich stolic zwiedzanych z Lonely Planet w ręku. Nie ma miejsc, jest za to elegancka biblioteka i czytelnia. Odkładamy przewodnik wraz z jego niepełnosprawną mapą i improwizujemy. Następuje przegląd oferty noclegowej. Stare przybytki są brudne i tłoczne. Te droższe mają z kolei nieracjonalne ceny i nieuprzejmą obsługę. W końcu wybieramy pokoje gościnne w piwnicy czyjegoś domu. Gospodyni nie tylko udziela noclegu, ale również podaje obiady do stołów wyłożonych ceratą upstrzoną kwietnymi motywami.

Wypakowujemy się w pokoju, którego okno pomimo że bliskie ziemi, i tak wychodzi na bezkres chmur majestatycznie spływających zboczami Himalajów. Pokój obok ma przyczepioną kartkę, na którejś ktoś ręcznie napisał fioletowym pisakiem słowo „Catherine”, po czym dorysował wokół niego serca i kwiaty. 

Jemy zupę i ryż z warzywami. Wygląda na to, że gotuje dla nas gosposia. Panuje tu intrygująca dynamika, oprócz nas mieszka tu jeszcze kilku białych, ale chyba nie turystów. Co rusz wychodzą i wracają, organizują sobie spotkania, na których głośno dyskutują. My oraz tajemnicza „Catherine” śpimy w piwnicy, jeden człowiek śpi na parterze, na którym są również cztery stoliki i telewizor, osobny pokój gospodarczy i kuchnia. Schodami na górę regularnie przemyka starszy rzutki mężczyzna, zdaje się że Tybetańczyk, wraz z nim kilku mnichów buddyjskich i gospodyni. 

Zapada zmrok. Powinniśmy już upaść ze zmęczenia, ale ciekawość bierze górę. Idziemy kupić słodycze i zobaczyć miasto nocą. Dziewiętnaście stopni i chłodny górski wiatr orzeźwia umysł niewietrzony od czasów ostatniego wyjścia w góry. Alejki są wąskie i kręte, łatwo przegapić właściwą odnogę. Sprawy nie ułatwia fakt, że pomiędzy naszym noclegiem, a turystycznym centrum miasta jest targ, więc teren zarasta budami. Ciemno, ale niektórzy dalej handlują siedząc w swoich budkach po turecku, zagajając bez wytchnienia, ale z przyjazną dozą uprzejmości. Sami Nepalczycy, nawet jeśli niedokładnie widać twarz, to i tak czuć w kontakcie. 

Zaraz przed wejściem do turystycznego centrum miasta stoją zagrody, a w nich śpią kuce. Smród stajni na moment myli zmysły i obraz całości dostrzegam dopiero gdy zawieje chłodem. Stoimy pośrodku czystego, zadbanego placu. Jest tu fontanna, ławki, punkty widokowe. Dzieci jeżdżą na kucach, turyści kupują pamiątki, ubrania i alkohol. Asfaltowe ścieżki odchodzą na cztery strony świata. Na jednej sprzedaje się koce i chusty, druga prowadzi do świątyni buddyjskiej, trzecia - spacerowa, idzie pod górkę, a na czwartej stoją ławki z zadaszeniami. Jest cicho i rześko. Przyjemnie. Jednak sanatorium. Dobrze się składa, w końcu jesteśmy na wakacjach.

09/05


Autobus na granicę będzie jechał w nocy, więc mamy czas. Wykorzystujemy naszą dobę hotelową do końca. Z dachu budynku bez pośpiechu przyglądamy się ruchom Bhaktapuru. Wypijamy ostatnie lassi, żegnamy się z zaprzyjaźnionym już właścicielem i idziemy w kierunku dworca. 

Z powrotnego autobusu do Katmandu, z którego tak jak i poprzednio sterczą głowy kobiet chorych od bujania, widzimy coś, co nam wcześniej umknęło. Od wschodu do stolicy Nepalu prowadzi szeroka, majestatyczna i całkowicie nietutejsza czteropasmówka. Kierowcy natychmiastowo cywilizują się, ustawiają w rzędy i zachowują zupełnie niezgodnie ze swoją naturą. Obok nas przejeżdża biały turysta, który omyłkowo wylądował tu na rowerze. Wygląda jak kosmita.

Dojeżdżamy pod Ratna Park, przechodzimy z tłumu autobusowego w tłum uliczny i obładowani plecakami powoli brniemy do głównego dworca. Pośpiechu nie ma, mimo najszczerszych chęci będziemy tam o wiele za wcześnie. 

Docieramy na miejsce. Potężna płyta dworca wita nas tłumem utopionym w popołudniowym rozleniwieniu. Manewrujemy, prosimy o pomoc i w końcu siadamy obok czegoś, co przypomina punkt startowy autobusów dalekobieżnych. Dookoła koczuje kilku znudzonych podróżnych z nadmiarową ilością bagaży luźno rozrzuconych dookoła zajętego stanowiska. Widząc stojące autobusy z tablicami Kakarbhitta odmienionymi na tysiąc różnych sposobów szukam numeru, który zgadza się z wypisanym na moim bilecie. Umawialiśmy się z pośrednikiem, że autobus będzie wyższej klasy, żeby łatwiej było nam przeżyć podróż, której pierwszy etap trwać będzie jakieś czternaście godzin. W końcu znajduję właściwą rejestrację. Dumnie nosi ją pojazd absolutnie niczym nie różniący się od pozostałych. Moja wina, myślę, uwierzyłem że w ogóle istnieją gorsze i lepsze środki transportu. 

Żołądki znowu się rozstroiły. Żeby nie umrzeć z głodu, ale też nie odczuwać nieustannej potrzeby wizyty w ubikacji zaopatrzyliśmy się w kiść bananów. Wpadam jeszcze na pomysł, że dobrym uzupełnieniem diety będzie czekolada, najlepiej gorzka, więc ruszam w samotną eskapadę dookoła dworca. Bud, budek, kanciap, kartonów i szop jest mnogość, wszystkie oferują to samo, w każdym jest orkiestra przeróżnych przekąsek. W żadnym nie ma czekolady. Znajduję jedynie jakąś pośrednią formę w postaci batoników. Dla zabicia czasu zaczynam głowić się gdzie są najbliższe plantacje kakaowca i jak wpływa to na import słodyczy, oraz układam z tego teoretyczny model gry komputerowej symulującej handel zagraniczny niewielkiego państwa w sercu Azji. 

Ubikacja dworcowa. Przy wejściu armia babć klozetowych, ale także dziadków i chyba wujków. Może siostrzeńców. Wewnątrz ciemno. Że śmierdzi to oczywiste. Gdy oczy przyzwyczajają się do mroku zaczynam dostrzegać detale konstrukcji. Przy ścianach umieszczone są długie rynny na wysokości podłogi. Sika się doń z pozycji stojącej i nie zważa na efekty uboczne, czyli precyzję strumienia. Klnę na głos, przyszedłem tu w sandałach. 

Nudy. Chowamy się w cieniu mikrego drzewka. Lokalni zagajają, ale bez polotu. Przyszedł jakiś biały człowiek, chyba z Izraela. Ma zasadniczy problem, posiada bilet na autobus, który również jedzie do miasta na granicy, tyle że jakiegoś zupełnie nieznanego, ani nam, ani nikomu ze współtowarzyszy dworcowych kontemplacji. Izraelczyk wie z wiarygodnych źródeł, że to najlepsze przejście graniczne. W końcu, również z naszą pomocą, udaje mu się znaleźć odpowiedni autobus. Godzinę wyjazdu mamy podobną, więc Izraelczyk szwenda się teraz jak i ja, od budek z jedzeniem, przez ubikację publiczną, do tej miernej imitacji drzewa. Koniec końców zaprzyjaźnia się ze starszym Nepalczykiem, z którym prowadzi długą i neurotyczną dyskusję o nepalsko-indysjkich przejściach granicznych. 

W końcu wchodzimy na pokład autobusu. Jest komplet, rzecz jasna, inaczej pewnie nigdzie byśmy nie jechali. Ciasnota przytłacza. Pomiędzy rzędami krzeseł pionowo idą dwie stalowe rury. Gdy wychodzę na dach przypiąć bagaże myślę, że pewnie właśnie po to są, żeby utrzymywać napór tych ludzi i ich ładunków. Jednych i drugich jest bardzo dużo, są tu podróżni przyjeżdżający bezpośrednio z lotniska. Mają ze sobą dary: telewizory, konsole do gier, odtwarzacze DVD i Blu Ray w kartonowych pudłach, na których flamastrem stoi napisane Doha

Gdy już wszyscy się usadowią wtedy do środka wchodzą żebracy. Głównie dzieci w łachmanach, kładą się na ziemi, robią sceny, lamentują, chwytają za ręce i patrzą głęboko w oczy. To ostatnie wydaje się błędem, właśnie po oczach widać, że dzieci nie zawsze są biedne, za to zawsze przebiegłe. Nawet złośliwe. Gdy sąsiadująca z nami, orientalnie wyglądająca para głośno odmawia współpracy, jedno z dzieci urządza spektakl błagań tak przesadzony, że spotyka się z żywiołowym aplauzem pozostałych żebraków. 

Wyjeżdżamy dwie godziny przed zmrokiem. Ruch stolicy dławi naszą podróż. Do granic miasta zbliżamy się gdy horyzont szarzeje. Zatrzymuje nas wojsko. Do środka wchodzi młoda służbistka. Przygląda się twarzom, szuka kogoś Jej wątpliwości budzi orientalna para. Służbistka wychodzi i wraca z kolegami. Porównują dziewczynę ze zdjęciem, które przynieśli. Chłopak tłumaczy coś nerwowo, sytuacja jest napięta i widać, że wojskowi stają przed dylematem. W końcu pozwalają nam odjechać. Para długo dochodzi do siebie po incydencie. 

Zaraz za miastem zatrzymujemy się w pierwszej z brzegu dhabie. Przy sąsiedniej budzie zatrzymał się autobus wiozący Izraelczyka. Widzę go jak wychodzi na pobliskie niewielkie wzniesienie, a razem z nim idzie starszy Nepalczyk, z którym zaprzyjaźnił się na dworcu. Pokazują palcami coś nieokreślonego na horyzoncie, jakieś wyobrażone ogólne położenie najważniejszych przejść granicznych między Nepalem i Indiami. 

Nie jemy, bo żołądki postawione w stan alarmowy z trudem przyjmują wiezione przez nas banany. Współpasażerka pyta nas uprzejmie czemu im nie towarzyszymy, przecież jedzenie jest dobre. Staramy się wytłumaczyć naszą sytuację, ale widać, że wszystko co rozumie, to fakt że boimy się przydrożnego żarcia. Zapada zmrok. Karaluchy idą po niskim murku w stronę kuchni. Wsiadamy do autobusu i odjeżdżamy. 

Kotlina Katmandu znajduje się na wysokości 1300 m.n.p.m. i ma kształt zbliżony do koła o średnicy dwudziestu kilometrów. Najlepsza pod względem przejezdności jest droga prowadząca na południe znana pod nazwą Tribhuvan Highway. Odległości, które w linii prostej dzieli trzydzieści kilometrów, Tribhuvan łączy serpentynami o długości powyżej stu. Zaraz za górami gwałtownie zaczyna się nizinny pas Teraju, płaski jak stół. Oznacza to, że żeby wyjechać z Kotliny trzeba się wspiąć około pół kilometra w górę, a potem zjechać niecałe dwa kilometry w dół .

 
Zaczynamy naszą wspinaczkę gdy zmrok zapadł już na dobre. Korki i serpentyny usypiają naszą czujność, ale po paru zakrętach osiągamy najwyższy punkt wzniesienia i od teraz jedziemy już tylko w dół. Wtedy z przerażeniem odkrywam w jakim jesteśmy położeniu.

Jest ciemno. Autobus przechyla się do przodu o czterdzieści pięć stopni. Przeładowany dach obciąża przód pojazdu dodając nam tempa. Kierowca wydaje się jednocześnie trzymać gaz i hamulec. Na liczniku figurują jakieś chore liczby. Ścigamy się z innymi tirami i autobusami na drodze. Wyprzedzamy je na zakrętach, zresztą, tu nie ma nic innego niż zakręty. Droga, wypłukana monsunowymi deszczami, naprzemiennie kończy się i zaczyna,. Wyrwy w nawierzchni nie są żadnym powodem do zmiany prędkości. Każdy, kto nie trzyma się fotela, wali z hukiem głową o dach. Hamulce piszczą cały czas, opony trą o pozostałości asfaltu, metalowe rury stękają od naprężeń konstrukcji. Pudełko wydaje się teraz bardzo liche, może się rozpaść w dowolnym momencie. Na drodze nie ma świateł, w ułamkach sekund widać tylko jakieś fragmenty kształtów. Mijamy je na milimetry. Ciągle przyspieszamy, kierowca za punkt honoru wziął sobie wyprzedzenie innego autobusu pasażerskiego, który zdaje się świadomie uczestniczyć w tym obłąkanym wyścigu. Wtedy w sąsiednią górę wali piorun. Blask błyskawicy rozświetla otchłań urwiska, które otwiera się pod serpentynami. Zaczyna padać deszcz. Przyspieszamy. 

Jestem przekonany, że tak właśnie kończy się życie. Najpierw pisk opon, potem chwila ciszy, górski wiatr wpadający przez okna, potem wrzask giętego metalu. Okazuje się nagle, co zawsze podejrzewałem, że jestem głęboko religijnym człowiekiem. Zaczynam się modlić, improwizuję słowa, robię obietnice. Wyraźnie widzę czego zabraknie mi w takiej śmierci, czego będzie mi żal, co w tym wszystkim jeszcze jest dla mnie istotne. Krzyczę, ale w hałasie mnie nie słychać. Maria siedzi po mojej prawej, blada, przerażona, spokojna. Pogodzona. 

Nie umiem powiedzieć kiedy się kończy. Po prostu nagle robi się płasko i już tylko podskakujmy na wyrwach w asfalcie. Ludzie na siedzeniu przede mną zasnęli, autobus skacze, a oni walą głowami o dach. Widzę, że kurczowo trzymam jedną z pionowych rurek. Czyli podtrzymują nie tylko dach autobusu, ale również jego pasażerów. Czas płynie, ale staje się bezkształtny, zawieszony w próżni. Jedziemy przez noc. Robi się pusto. Jest lepko z gorąca. Bardzo powoli schnie na mnie pot. 

Wszyscy zasnęli. Jedziemy przez pustkowie. Czasem światło padnie na jakąś chałupę, przeważnie tak tanią i prostą, że wydaje się jakbyśmy odbyli podróż w czasie. Gdzieś pośrodku tej nicości łapiemy gumę. Autobus zatrzymuje się, kilka osób idzie się wysikać. Wychodzę z nimi. 

Stoimy obok drogi. Jest ciepło. Wiatr wzbija tumany kurzu, który wpada w oczy. Dookoła stoi kilka domów oświetlonych od frontu małymi latarniami. Jest środek nocy, ale niektórzy właściciele domów wcale nie śpią. Siedzą nieruchomo przed drzwiami gapiąc się w przestrzeń. Wszystko niknie w gęstej czerni. Kierowca wraz z jednym z mieszkańców bez słów demontują zepsute koło. Ustawiają je na prowizorycznym zydlu, zmieniają oponę i zaczynają coś spawać. Blade migotliwe błyski krótkimi seriami rozświetlają ich twarze, suchą ziemię, tylni zderzak zakurzonego autobusu. Nad głowami zaczynają krążyć ćmy. Koło mnie staje jeden z pasażerów, obserwuje przez chwilę tę scenę, po czym bez słowa wchodzi do autobusu. Mężczyźni kończą naprawiać koło i montują je w pojeździe. Kierowca gestem zaprasza mnie do środka. Wchodzę, siadam i zasypiam.

08/05


Thukpa. Po angielsku fupa. Dla sepleniących supa. Dla nas zupa. Prawie niczym nie różni się od naszych rodzimych dań. Bazą jest wywar na kości lub warzywach, które pływają w środku, jedynie z tą różnicą, że są podsmażane przed dorzuceniem do garnka. Jest jeszcze makaron jajeczny, ale to też nie nowina. W Polsce używamy innych przypraw, ale ich kompozycja smakowa jest bardzo zbliżona do pikantniejszych wersji swojskich rosołów. 

To ostatni pełny dzień w Bhaktapurze, przedostatni w Nepalu. Wiza kończy się za trzy dni i jest już za późno, żeby ją przedłużyć. Szwendamy się po mieście bez celu, odkrywamy mały skwer, który czai się za ciasnym szpalerem starych budynków. Po drodze znajdujemy sztuczny zbiornik wody niczym otwarty basen w centrum miasta, ale służący do prania brudnych ubrań. Co rano kobiety z okolicznych domów gromadzą się tu szorować ubrania swoich rodzin. To rytuał, wydarzenie społeczne, jak każda inna czynność w tej części Azji wykonywany gremialnie. Wspólnie robi się wszystko: prowadzi sklep, wychowuje dzieci, nosi ciężary na budowie, wspólnie się je, żyje, umiera.


Podczas śniadania na tarasie z widokiem, który tak kochają ludzie zachodu, dowiedzieliśmy się, że nasz włoski przyjaciel elektryk podróżuje z Polką. Znają się jeszcze z Włoch, przyjechali do Indii na wolontariat, a teraz zwiedzają kraje ościenne. Są już doświadczeni, jedynie przelotem wspominają skrajne ubóstwo i nędzę, które dane im było zobaczyć. Rozmawiamy chwilę o święcie, podczas którego masowo zarzyna się i mumifikuje kozy, co zdaje się mieć miejsce jakoś niebawem. Żartujemy, Włoch zazdrości mi śmiesznej czapki, jest łysy i słońce pali mu skórę głowy. Żegnamy się uprzejmie i idziemy zwiedzać miasto. Więcej się już nie zobaczymy.


Chwilę zwiedzamy dotychczas przez nas pomijane zabytki Bhaktapuru, starożytne świątynie przy Durbarach, pałace królewskie, siedziby magistratu, czy policji, które wyglądają jakby mieli zeń wybiec wojownicy odziani w skórzane zbroje. Szybko pokonuje nas słońce i turyści.


Sekretny plac ma ten urok, że okoliczne restauracje nie są skalane turystyczną pazernością. Ta, do której wchodzimy, mieści się na piętrze. Jest ciemna, jedyne światło wpada przez małe wąskie okna. Sufit jest na wysokości metra siedemdziesiąt pięć, więc do stolika podchodzę skulony. Nasza obecność peszy młodzież, która przyszła tu na randkę. Nadpobudliwy chłopiec i nieprzekonana dziewczyna za namową tego pierwszego przenoszą się do sąsiedniej sali. 

Ceny są normalne. Zamawiamy obiad dwudaniowy w polskim stylu. Na pierwsze thukpa, fupa, zupa. Na drugie momo, czyli pierogi. Z miejsca, w którym siedzę widzę kątem oka zdezelowaną kuchnię i starszą kobietę, która krząta się przy garach. Jedzenie przychodzi szybko, jest ciepłe i dobre. 

Podły wygląd kuchni nie świadczy o niskiej kategorii knajpy. Zaplecze, choć nieumiejętnie, schowano za parawanem. Rozkład pomieszczeń jest wzorowy, ze stanowiskiem kelnerów przy wejściu, salą ogólną zaraz za nim i elegancką salą z niskim stołem, pufami i dywanem na końcu, za drzwiami. To tam przeniosła się speszona młodzież, mimo że oficjalnie salę zamknięto w oczekiwaniu na jakiś oficjalny spęd. A te z całą pewnością mają tu miejsce, bo do restauracji przychodzą lokalni biznesmeni, grubi, dobrze ubrani mężczyźni o poważnych twarzach. Siadają, zamawiają herbatę, ustalają coś spokojnie, choć bez kurtuazji, po czym płacą i żegnają się, niekiedy nawet nie tykając napoju podanego do stołu. 

Jemy polski obiad i milczymy pogrążeni w myślach. To koniec odwiedzin w tym kraju, ale zamiast podsumowań rodzi się obawa. Z perspektywy miesiąca spędzonego wśród pogodnych, zdystansowanych ludzi powrót do tłocznych, lepkich Indii zdaje się być świadomym nurkowaniem w znajomym koszmarze. Racjonalizujemy sobie tę decyzję, że jednak głupio tak, przyjechać na inny kontynent i nie zobaczyć czegoś z wygody, czy strachu. Nie pomaga. Trauma Delhi jest wielka i żywa. Co będzie jak przekroczymy granicę? Może wschód Indii jest inny niż stolica? A może wcale nie, naród to naród i nawet jeśli różni się niuansami, to jego rdzeń pozostaje stały? 

Kładziemy się do łóżka z ciężkim sercem. Jest wcześnie. Jutro musimy dostać się do Katmandu, potem poczekać na nocny autobus, dojechać nim na granicę, przekroczyć ją na piechotę, wsiąść w jakiś środek transportu i dojechać nim do Siliguri, gdzie jest węzeł komunikacyjny, z którego można odbić do Dardżylingu. Zamykamy oczy. Za dwie doby będziemy już w zupełnie innym świecie.